Bez znieczulenia

Trochę tak jak w tej piosence Happysad mam w głowie czarne chmury i zamieć. Nie z powodu jesieni czy zimy, a przynajmniej nie tylko. Ostatnio zdarzyły się rzeczy, które rozstroiłyby emocjonalnie nawet najbardziej spokojnego człowieka pod słońcem. A umówmy się, że nie należę do spokojnych ludzi. Raczej do tych wiecznie wkurzonych na otaczającą rzeczywistość, którzy czują wewnętrzny przymus powiedzenia tego czego normalnie nikt na głos nie mówi i czasem nie mogą przez to spać.


Zbyt dobrze wiem czym jest zobojętnienie, czarny humor i jeszcze więcej zobojętnienia. Przychodzi taki moment, że patrzysz przez to cholerne okno i myślisz o tym co jest do zrobienia, zrealizowania. Generalne porządki same się nie zrobią, książki same się nie przeczytają, a poczucie misji gdzieś umknęło. I myślisz jakie to wszystko ma znaczenie. Czy w ogóle jakieś ma? Może zniknę i nikt tego nie zauważy.

Potrafię wyobrazić sobie własną śmierć. Czy to smutne? Wszyscy kiedyś umrzemy. Nie zaserwuję ci dziś banału, żebyś żył tak by niczego nie żałować ani tym bardziej tak jakby jutra miało nie być.

Bo widzisz najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego, że twoje dni są policzone. Dokładnie tak samo jak moje. I żadne z nas nie wie ile nam ich jeszcze zostało. To się właśnie nazywa ŻYCIE, choć według niektórych jest ono jedynie śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową (patrz film reżyserii Krzysztofa Zanussiego).

Dlatego musisz zdawać sobie sprawę, że to co najważniejsze dzieje się właśnie TERAZ bo odpowiedni moment to mit.

Nie to nie jest tekst motywacyjny. To coś co plątało mi się po głowie już jakiś czas. Wiesz już, że jestem dziurawym człowiekiem i cholernie trudno jest być mną. Nie jestem ani tak dobra jak ci się wydaje ani tak zła jak innym się zdaje. Albo na odwrót. Czasem bywa, że muszę sobie przypomnieć co to właściwie znaczy być mną. W dużym skrócie tyle co bycie najdziwniejszą, najbardziej pokręconą i popieprzoną osobą na tej planecie. Widziałam wiele patologii, która się wciąż dzieje na tym pożal-się-boże-łez-padole i nie staram się o tym zapomnieć. Wszystko co się nam przydarza, co widzimy po drodze którą idziemy, to jakich ludzi spotykamy czyni nas tym kim jesteśmy.

Nie powiem ci, że cierpienie uszlachetnia bo bezsensowne cierpienie jest niczym więcej jak bezsensownym cierpieniem właśnie. Ale poświęcenie jest czymś zgoła innym.

Nie chodzi tu o to czy jesteś w stanie poświęcić piątkową imprezę dla zdania sobotniego egzaminu w szkole. Ani tym bardziej o to czy przez czterdzieści dni w roku nie jesz słodyczy z powodu postu. Pytanie brzmi co jesteś w stanie poświęcić w imię tego w co wierzysz, w spełnienie swoich marzeń, w zmianę świata lub choćby jego kawałka. Albo czy zostawiłbyś dziewczynę (chłopaka) po tragicznym wypadku wiedząc, że nigdy nie będzie w stanie chodzić.

Wiesz. Znałam kiedyś chłopca. Zdrowego (przynajmniej fizycznie). Bardzo zagubionego chłopca, który na pierwszy rzut oka wydawał się być ostatnim dupkiem. Zupełnie nic go nie obchodziło. Nawet jego własne zdrowie i życie, a może przede wszystkim ono. Miał niezłe pomysły, zdolności i marzenia oraz możliwości do ich spełnienia. Nie miał wystarczająco dużo wsparcia i odwagi by po to wszystko sięgnąć. Bał się, że to niemożliwe. Jeszcze bardziej, że jest możliwe, ale najbardziej tego co się stanie jeśli to rzeczywiście osiągnie. Większość ludzi boi się tego samego. Bo w teorii i chwilowym odczuciu lepsze chujowe i znane od nieznanego. Ten dorosły facet jest w istocie małym, wystraszonym, zakompleksionym i bardzo zagubionym chłopcem bez kompasu.

Przy odrobinie szczęścia znajdzie ten kompas i za kilka lat będzie mniej wystraszonym i zakompleksionym chłopcem z jakimś planem na życie. 

Albo i nie.

Okropnie to smutne gdy ktoś ma możliwości, ale ich nie dostrzega bądź co gorsza je odrzuca. Niektórzy ich nie mają. Jak moja przyjaciółka, która jest moim kompasem. Nie może chodzić i marne szanse, że kiedykolwiek będzie. Całkiem niedawno śmiertelnie się o nią bałam. Do tego stopnia, że nie mogłam w nocy spać. Zwłaszcza po tym co mówili niektórzy lekarze. I tak jak potrafię sobie wyobrazić sobie świat bez siebie, ponieważ wiem, że wszyscy, o których się martwię daliby sobie radę (no może nie wszyscy) tak bez niej nie wyobrażam sobie rzeczywistości. Utrata ludzi, na których ci zależy boli tak, że trudno sobie to wyobrazić. Do śmierci nie można się przyzwyczaić. Jak do odrzucenia, cierpienia czy bólu.

Z tym można żyć. Ze śmiercią bliskiej osoby teoretycznie też. Mówi się, że czas leczy rany, ale on tylko sprawia, że łatwiej nam się żyje. Można próbować zapomnieć. Iść w pracę, alkohol, narkotyki, seks czy najmniej szkodliwy ze wszystkich nałogów czekoladę. Wszystko to sprawia, że na chwilę jest ci dobrze. O ile potem nie masz moralnego kaca i możesz patrzeć na swoje odbicie w lustrze.

Możesz też wyciąć sobie serce, schować je do puszki i zakopać w miejscu gdzie nikt go nie znajdzie. Tylko, że będziesz wtedy niczym Enchantress, złą kukiełką na usługach innych. Albo już do końca życia będziesz mieć w piersi bolącą dziurę po sercu, która będzie się z czasem powiększać jak czarna dziura i wessie wszystko co mogło być piękne.


Wszystko sprowadza się do jednego zdania. Najważniejszej umiejętności, czyli życia bez znieczulenia. Tego musisz nauczyć się sam.

fot. unsplash.com / fot. moviedeskback.com

Brak komentarzy